piątek, 7 marca 2014

Marzenia się spełniają...

Ta telefoniczna rozmowa była najważniejsza.
Decydowała o tym, kiedy nasze marzenia nabiorą  realnego kształtu....

Po kilku minutach rozmowy, ustaliliśmy konkretny termin wizyty w sprawie realizacji naszych planów....
Pojechaliśmy we trójkę.
Pani, z którą byliśmy umówieni, nie wiedziała, .że mamy syna....
Kiedy go przedstawiliśmy, stwierdziła ze śmiechem, że jesteśmy już doświadczonymi rodzicami adopcyjnymi:)
Wyjawiliśmy jej nasze plany.
Zadała naszemu synowi dwa pytania.

Czy chce być starszym bratem?
Odpowiedź  była błyskawiczna, okraszona na dodatek pięknym uśmiechem:)
Oczywiście, że chce.
Czy chciałby mieć siostrę, czy brata?
Tu już nie było tak szybko:)
Po chwili zastanowienia odpowiedział, że wprawdzie on to wolałby mieć brata, ale mama też przecież musi mieć jakąś przyjemność:)
Faceci:)....
Bardzo chcieliśmy mieć córeczkę.
Zapytano nas, w jakim wieku ma być dziecko.
Wypaliłam, że jak najmniejsze mając na myśli, że pewnie nasza Mała będzie miała około 2 lat...
Złożyliśmy odpowiednie dokumenty nastawiając się na długie czekanie...
Po tygodniu odebrałam telefon. Mało nie zemdlałam z wrażenia...
 Nasz córeczka czekała już na nas.
Miała sześć miesięcy...

Zobaczyliśmy ją na drugi dzień. Trójka wariatów nie spała całą noc, bo przecież nasza rodzina miała powiększyć się o takie maleństwo........

 Staliśmy w pokoju, do którego weszła dyrektorka.
 Trzymała na rękach wtulone w siebie, maleńkie dziecko.....
Był słoneczny, kwietniowy dzień...
Dziwnie utkwiło mi w pamięci to słońce...
Rzucało jasne smugi na  dywan, tworząc magiczny nastrój...

Podała mi ją...
M. przyglądała mi  się badawczo, ze zmarszczką na czole...
Chłonęłam ją.
Miała maleńkie kształtne usteczka, lekko zadarty nosek i szare oczy...
Nagle, jej buzię rozjaśnił szeroki uśmiech, a w policzkach pojawiły się dwa rozkoszne dołeczki...

Witaj M.:)
Wiesz, że jestem twoją mamą?
Wiesz, że do końca moich dni będziesz moją wyśnioną, najukochańszą córeczką?...

Rozpłakaliśmy się oboje z mężem. Po chwili dołączył do nas syn. Zapytałam go:
- A czego ty wyjesz?:)
- A bo wy płaczecie, to i ja muszę :))
Spędzaliśmy u niej każdy dzień....
I znów nie mogliśmy doczekać się, kiedy przywieziemy nasze drugie dziecko do domu.
To oczekiwanie, tęsknota, to było coś niesamowitego.
Najpiękniejszy czas. Niemal każda myśl, rozmowa, wszystko było podporządkowane Małej i jak najszybszemu przywiezieniu jej do domu.
W międzyczasie robiliśmy zakupy, żeby nasza dziewczynka miała wszystko, co będzie jej potrzebne...
Któregoś dnia Syn wpadł do domu i stwierdził, że ma rodziców gapy, bo nie kupili tego, co najważniejsze.
Zapytałam, co to takiego?
Po chwili przyniósł z przedpokoju... nocnik. Różowy, plastikowy fotelik...
Kupił go za własne oszczędności.
Wszystkim,  kto tylko chciał go słuchać chwalił się, że niedługo będzie najważniejszy w domu, bo zostanie starszym bratem:) Następne lata miały pokazać, że jako brat spisywał się doskonale.
Był dla niej niekwestionowanym autorytetem.
Ona dla niego, jego małą siostrzyczką, którą opiekował się, jak najczulszy brat...
Widzieliśmy, jeszcze w domu dziecka tą specyficzną więź, która  zaczyna ich łączyć...
Dziś oboje są dorosłymi ludźmi, a nadal bardzo się wspierają...
Fajne mam dzieciaki....



czwartek, 6 marca 2014

Zaufanie i przyjaciele...

Moje życie, odkąd zamieszkał z nami nasz Maluch, zmieniło  się.
Przede wszystkim wyciszyłam się. Miałam już to, o czym tak bardzo marzyłam....
Kolejne lata, choć nie brakowało w nich takich zwyczajnych trosk, jakie towarzyszą każdej rodzinie, były spokojne....
Syn sporo chorował, więc zwolniłam się z pracy, by poświęcać mu, jak najwięcej czasu.
Mąż miał dobrą pracę, dzięki czemu nie mieliśmy większych problemów finansowych.
Zaczęłam nieśmiało, jeszcze niepewnie wierzyć, że nareszcie jestem szczęśliwa....

Każdy nosi w sobie swój własny dekalog. Zbiór zasad, którymi kieruje się w codziennym życiu.
Dla mnie, to uczciwość, lojalność do bólu, empatia.
Z reguły ufam ludziom i wydawało mi się kiedyś, że jeśli ja nie oszukam kogoś, to tego samego mogę spodziewać się po innych...
Któregoś dnia przekonałam się bardzo boleśnie, jak bardzo myliłam się....

Mieliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę.
 Znaliśmy się bardzo dobrze. Bywaliśmy w różnych sytuacjach i nigdy nas nie zawiedli. Byliśmy pewni na 200 %, że to bardzo uczciwi ludzie.
T o były czasy transformacji w Polsce. Upadały całe zakłady, ludzie tracili pracę i chwytali się wszystkiego, aby tylko przeżyć.
Podobny los spotkał naszych przyjaciół. Kiedy więc zwrócili się do nas z prośbą, byśmy na siebie wzięli kredyt w banku, nie widzieliśmy żadnego problemu. Przecież byli naszymi przyjaciółmi.
Chcieli otworzyć sklep z żywnością w centrum miasta. A ponieważ oboje stracili pracę, żaden bank nie chciał nawet słyszeć o udzieleniu im kredytu....
Postanowiliśmy im pomóc. Wzięliśmy na siebie bardzo duży kredyt i daliśmy im te pieniądze, oczywiście z odpowiednią umową, którą zawarliśmy między sobą.
Byliśmy z siebie bardzo dumni. Jesteśmy ludźmi, na których przyjaciele mogą liczyć...
Czyż to nie jest powód do dumy?

Otworzyli sklep. Zaczęli płacić raty do banku, zgodnie z umową...
Po dwóch miesiącach zbankrutowali.
Wpłacili zaledwie 2 raty....  I wyjechali z miasta.
Zostaliśmy z długiem 40 tysięcy złotych z odsetkami.
Mieliśmy wyrok z sądu, ale nie mogliśmy nic zrobić, bo oni byli bankrutami...
I nie tylko my im zaufaliśmy..
Okazało się, że ten skok na kasę planowali już dłuższy czas, bo w ten sam sposób naciągnęli jeszcze parę osób.... 

A my przez bardzo długie trzy lata spłacaliśmy ten kredyt. Kosztem bardzo wielu wyrzeczeń..
Syn ganiał z kluczem na szyi, a my chwytaliśmy się wszystkiego, żeby tylko przeżyć..
Trzy bardzo długie lata...
Nigdy nie odzyskaliśmy tych pieniędzy. Ale za to zyskaliśmy bardzo cenną nauczkę.
Nigdy nie pożyczamy nikomu pieniędzy.
Jesteś głodny? Nie masz na chleb?
Daję ci połowę mojego bochenka, ale na pieniądze nie licz....
 Było nam w tym okresie bardzo ciężko. Brakowało dosłownie na wszystko.
Przedtem sprawy finansowe nie były dla nas czymś bardzo ważnym.
A nagle, ugotowanie zwykłego obiadu stawało się problemem. Kupno najtańszej wędliny często przekraczało nasze możliwości.... Odmawialiśmy sobie wszystkiego...
Spłaciliśmy wszystko, co do złotówki...
Wspominam tamten okres, jako jeden wielki koszmar....
Nie tylko ze względu na pieniądze....
Ta cała sprawa, kłopoty finansowe, w które wpadliśmy, zburzyły nasze plany, które mieliśmy  przed tą całą historią.... Wtedy nie było szans na ich zrealizowanie.
Ale, kiedy znów stanęliśmy na nogi, nasze marzenia odżyły na nowo...
To był już ostatni dzwonek, by mogły się spełnić.
Nasz syn miał już niemal 10 lat....
Któregoś dnia, po naradzie rodzinnej, podniosłam słuchawkę telefonu...
Teraz już wiedziałam, co mnie czeka i drżałam z niecierpliwości, by zacząć działać....




środa, 5 marca 2014

Gdyby mnie kochała...

Chciałabym napisać, że teraz nastały zwykłe, szare dni. Ale nie mogę.

Bo każdy kolejny dzień był radością, wspólnym smakowaniem, poznawaniem siebie nawzajem....

Mieszkaliśmy w tym czasie w hotelu pracowniczym.
Znaliśmy się wszyscy bardzo dobrze.
Nasi sąsiedzi wiedzieli o  tym, że już jeździmy do naszego Synka. Dopytywali się tylko, kiedy go w końcu przywieziemy. Byliśmy przekonani, że są ciekawi naszego malca, jak to ludzie...
 Kiedy wysiedliśmy z auta przed hotelem zauważyłam, że jedna z sąsiadek wygląda przez okno, ale natychmiast schowała się. Pomyślałam, że pewnie poszła już na korytarz powiedzieć, że nareszcie przywieźli sobie tego dzieciaka...
 Kiedy weszliśmy na nasze piętro, zdziwiła mnie tylko, gdzieś podświadomie, cisza panująca  za drzwiami do naszego korytarza. Przecież o tej porze było tam zwykle gwarno od krzyków i śmiechów dzieci naszych sąsiadów. Mąż trzymał Małego na rękach... Otworzyłam drzwi....

To, co zobaczyłam.... Zamurowało mnie kompletnie... Mój mąż miał też bardzo głupią, niepewną minę...
Wzdłuż całej długości korytarza stały pozastawiane, pięknie nakryte stoły, pełne jedzenia i napojów. Obok tłoczyli się nie tylko nasi sąsiedzi, ale też mieszkańcy innych pięter i personel hotelu...
Na nasz widok.... Usłyszeliśmy jedno wielkie "sto lat" odśpiewane nie tylko przez dorosłych, ale i przez hotelowe maluchy:)
Kwiaty. Dostaliśmy mnóstwo kwiatów z życzeniami wszystkiego dobrego...
A Mały taką ilość zabawek, ubranek, że w pewnym momencie wtulił się we mnie przestraszony, bo przestał  już to wszystko ogarniać. My zresztą też:)

Czasem, kiedy przytłacza mnie ludzka podłość, nieżyczliwość, przypominam sobie tamtą scenę...
Nie musieli, a jednak włożyli sporo pracy i serca, by pokazać nam, że akceptują nasza decyzję o adopcji.
Że są z nami i możemy na nich liczyć.
Ten dzień pamiętamy bardzo dobrze.
Nazywamy go Dniem Radości.
Robimy wtedy małe przyjęcie dla rodziny i przyjaciół. Obdarowujemy się prezentami...
Tak jest do dzisiaj, choć syn jest już dorosły.
Nigdy nie ukrywaliśmy przed nim prawdy o jego pochodzeniu, choć dozowaliśmy mu informacje, które mógł przyjąć zgodnie z wiekiem.. Wszystkiego dowiedział się, kiedy był już dorosły.
 Zapytaliśmy go wtedy, czy chce poznać swych biologicznych rodziców. Bo jeśli tak, to my mu w tym pomożemy. Stwierdził spokojnie, że nie ma takiej potrzeby, bo on już ma rodziców, czyli nas. Na innych się nie pisze...

Nastały spokojne dni, pełne wyciszenia i takiej wewnętrznej radości, że nareszcie moje życie jest pełne jasnych, dobrych barw...
Pewnie, że nie brakowało trudnych chwil, sytuacji, kiedy czasem trzeba było zaciskać zęby i tłumaczyć chłopcu, dlaczego ma być tak, a nie inaczej. Miał masę złych, niedobrych nawyków wyniesionych z rodzinnego domu i z domu dziecka.
 Był bardzo uparty, zawzięty, czasem bardzo zaborczy. Nie tolerował innych dzieci, bo odbierał je jako zagrożenie swojej pozycji w naszym domu. Na każde zwrócenie mu uwagi ,reagował płaczem i zamykał się w sobie...
Ale pomału, drobnymi kroczkami zaczął się zmieniać. Zaczęliśmy się dogadywać.
Zrozumiał, że mogę przytulać inne dzieci, ale jego kocham najbardziej na świecie.
Zrozumiał, że mama nie bije za rozlane kakao. Że mama kocha zawsze, bez względu na wszystko...
Kilka lat później zapytał mnie podczas spaceru, dlaczego tamta mama go oddała.
Prawda była bardzo brutalna i mogła go złamać. Powiedziałam więc, że chyba nie miała pieniędzy na jego wychowanie, na ubranka, jedzenie... Bo przecież już wie, że na to wszystko jego tata musi pracować.
Wydawało mi się, że to mu wystarczyło. Wyleciała mi ta rozmowa z pamięci...
Kilka tygodni później zapytał mnie, co bym zrobiła, gdybym nie miała pieniędzy.
Powiedziałam, że tak raczej nie ma, że zawsze jakieś pieniążki mamy. Ale był dociekliwy.
- Ale powiedz mi, gdybyś nie miała tak nic a nic? Ani jednego pieniążka?
- To pewnie musiałabym pożyczyć.
- Ale gdybyś nie miała od kogo?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- Powiedz, o co chodzi, bo nie rozumiem twoich pytań - poprosiłam.
Spuścił głowę i po chwili zapytał niepewnie.
- A czy... gdybyś nie miała pieniędzy, czy wtedy oddałabyś mnie do domu dziecka?...
Przytuliłam go do siebie bardzo mocno i zapewniłam, że nigdy, przenigdy nie oddam go nikomu, bo kocham go i jest moim małym, wymarzonym synkiem. Tkwił tak chwilę w moich ramionach, ze zmarszczonym czółkiem...
- To wiesz, co - stwierdził - tamta mama mnie nie kochała, bo inaczej by mnie nie oddała....

Nigdy nie wiemy, jakimi ścieżkami chadzają dziecięce myśli....





wtorek, 4 marca 2014

Nareszcie, ku Słońcu:)

Moje życie było jednym wielkim pytaniem ....
Wciąż mnie dręczyło to ciągłe " dlaczego? "
Nie znajdowałam na nie odpowiedzi....
Było we mnie za dużo cierpienia, za mało spokoju i wybaczenia.
Nie byłam gotowa na szukanie odpowiedzi...

Tymczasem życie toczyło się dalej. Wiedziałam już, że nie mogę mieć  biologicznych dzieci...
Pamiętam, że wśród tych wszystkich moich koszmarów, jedno było dla mnie bardzo ważne. Choćby nie wiem co miało mnie jeszcze spotkać, nie wolno mi przenosić mojej nienawiści do Losu, Boga, świata -  na dzieci. One zawsze były najważniejsze.
Zostało mi  tylko jedno, czego nie mogę przełamać do dzisiaj.
Nie lubię nowo narodzonych dzieci. Może nie to, że nie lubię. To chyba nawet nie o to chodzi.
Po prostu, nie chodzę w gościnę do świeżo upieczonych mam. Bo wtedy wracają dawne przeżycia, a to do niczego nie jest mi już potrzebne...

To, co przeszłam, nie zniszczyło we mnie pragnienia posiadania dziecka.
Dlatego zaczęliśmy starać się o adopcję...
Wiem, że są kobiety, które nie chcą mieć dzieci. Nie to, że nie mogą. Nie chcą. Po prostu, nie czują instynktu macierzyńskiego. Zdają sobie z tego sprawę i są konsekwentne. Ustawiają sobie tak życie, że do szczęścia dziecko nie jest im potrzebne. Szanuję ich wybór. Mają do tego prawo.
To nie sztuka, mieć dzieci. Sztuką jest ich wychowanie. A jeśli się tego nie czuje, to szkoda zachodu.
W domach dziecka 95% dzieci, to sieroty społeczne.
Pytano mnie nieraz, czy się nie bałam. Bo wiadomo, że dzieci stamtąd  pochodzą z rodzin patologicznych i kiedyś może odezwać się ich pochodzenie.
Ale prawda jest też taka, że w każdym człowieku jest 20% genów, a reszta to wychowanie.
Poza tym, nikt z nas nie jest idealny. Mamy wady i zalety i powołując na świat nasze biologiczne dziecko, wcale nie mamy pewności, że odziedziczy po nas tylko te dobre cechy... Możemy przecież wyhodować sobie potwora z własnej krwi...  Pochodzenie dziecka, to nie był dla mnie nigdy żaden argument...

KAŻDE DZIECKO POTRZEBUJE MIŁOŚCI.
KAŻDE.
BEZ WYJĄTKU.

Na naszego Malucha czekaliśmy dwa lata...
Nieraz, wieczorami, kiedy był czas na spokojne rozmowy zastanawialiśmy się, jakie będzie to nasze przyszłe dziecko. Jakiej będzie płci, jak będzie wyglądać....
Strasznie nam się dłużyło to oczekiwanie....
Kiedy więc dostaliśmy telefon, że to już, że mamy się zgłosić do Ośrodka, zaczęło się niesamowite szaleństwo:)
Zobaczyliśmy go jeszcze tego samego dnia.
3- letni blondas, który na nasz widok, zaczął niemiłosiernie płakać.
W swym króciutkim życiu przeszedł tak wiele, że bał się dorosłych.... Zobaczyłam przez sekundę siebie...
Wiedziałam natychmiast, że stanę do walki z całym światem, zrobię wszystko, żeby był szczęśliwy.
A on po prostu płakał i w nosie miał zabawki, które mu przywieźliśmy.
Kiedy jednak zaczęłam bawić się autkiem przeznaczonym dla niego, pomału zaczął się uspokajać.
Łzy obeschły:)  W pewnej chwili mąż posadził go sobie na kolanach i zaczął mu opowiadać historię tego samochodziku. Ale Mały nie słuchał. Patrzył tylko na męża... Wielki, duży facet i maleńki chłopczyk...Patrzyłam w jego oczy... Tam było wszystko...
Niedowierzanie, nadzieja, zdumienie, że ten pan chce się z nim bawić... I coś jeszcze.
Wiedziałam.
Pokazałam mężowi na migi, żeby go pocałował, a ten natychmiast to zrobił.
Wyraz jego oczu, twarzy...
To było samo, najczystsze szczęście... Nigdy, do końca życia nie zapomnę tego...
Zdławił mnie szloch... Odeszłam do okna, żeby nie przestraszyć chłopca...
A on zsunął się z kolan męża i podbiegł do mnie. Pociągnął mnie na dół. Kiedy przykucnęłam, zaczął wycierać moje łzy...
- Mama, nie -....uśmiechał się...
Po raz pierwszy usłyszałam to wyśnione, wytęsknione słowo....
Kiedy, po chwili do pokoju wszedł jeden z wychowawców, zastał trójkę wariatów, która płakała, śmiała się i nawzajem wycierała sobie z twarzy łzy radości...
Wiedzieliśmy już, że w tym momencie staliśmy się rodziną. Na dobre i złe.

Następne dwa tygodnie były  pełne emocji, wzruszeń i szalonej tęsknoty za Małym...
Jeździliśmy do niego prawie codziennie. Poznawaliśmy się nawzajem.
Mały okazał się pogodnym, wesołym chłopcem, który czując naszą miłość, rozkwitał.
Jedyne słowa, jakie mówił to: mama i tata. Nie potrafił nic więcej. Po tygodniu wymawiał już swoje imię.
 A każdy nowy wyraz, który udało mu się powtórzyć za mną, kwitował szalonymi wybuchami radości:) 
Po dwóch tygodniach, dzięki niesamowitej pomocy wielu życzliwych ludzi, którzy widzieli naszą tęsknotę za sobą, mogliśmy go stamtąd zabrać. Do domu.
Do naszego domu, który czekał już na przyjęcie w swoje progi naszego synka.
Naszego małego, wyśnionego Dziecka....
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że nasze życie tak bardzo się odmieni...

 Że nareszcie wszystko zacznie nabierać jasnych barw...
Czekałam na to prawie 30 lat.
Warto było, bo dopiero teraz, tak naprawdę do końca, poczułam smak radości i szczęścia.
Moje koszmary zniknęły. Odzyskałam wewnętrzny spokój, poczucie bezpieczeństwa...
A to wszystko za sprawą dwóch maleńkich łapek, które przytulały, łaskotały...
I ust, które albo wycinały na mej twarzy siarczystego buziaka, albo szeptały na jedno ucho - mama, kocham cię, a na drugie ucho - lubię cię:)
Czy można chcieć więcej?:) ...











poniedziałek, 3 marca 2014

Człowiek, to silne zwierzę...

Było tak  dobrze i radośnie...

Nic nie zapowiadało tego, co czekało mnie w najbliższej przyszłości...
Kiedy więc dostałam bóle i wylądowałam w szpitalu pamiętam, że była we mnie tylko niecierpliwość.
Chciałam, żeby już było po wszystkim.. Nie mogłam doczekać się chwili, kiedy nareszcie przytulę to moje wyśnione, wytęsknione dzieciątko...

Z tamtych dni pamiętam niewiele...
Już w szpitalu okazało się, że są problemy...
Leżałam na porodówce. Kobiety obok rodziły, a ja wciąż leżałam, leżałam i czekałam...
To była najdłuższa noc w moim życiu.
Miałam na ręku zegarek z sekundnikiem. Jedyna pamiątka po K., którą zachowałam. Był moim talizmanem. Wierzyłam, że kiedy go noszę, Ona mnie strzeże... Pamiętam ten sekundnik. Jak powoli, strasznie powoli posuwał się naprzód... Sekundy przetykane modlitwą i wiarą, że wszystko będzie dobrze...
Że przecież, kto jak kto, ale ja już wyczerpałam limit na nieszczęścia. Że teraz to już na pewno nie ma prawa zdarzyć się nic złego...
Rano  zrobiono mi cesarkę.
Miałam syna..
...... Odszedł po kilku dniach.... A ja osiwiałam w ciągu jednej nocy...
I umarłam na wiele miesięcy...

Pamiętam, że kiedy w końcu wyszłam ze szpitala, pierwsze co zrobiłam, to zdjęłam z ręki zegarek, rzuciłam go na chodnik i z premedytacją zgniotłam  butem. Wiedziałam, że już nigdy nie byłby najdroższą pamiątką, ale koszmarnym wspomnieniem tej długiej nocy...

Zaczęły się dziwne dni...
Bez czasu, wspomnień, bez myśli i uczuć.... Bez łez, bo nie potrafiłam płakać. Byłam taką pustą skorupą... Jedyne, co było, to ból, którego nie dało się niczym zabić...
I to wszechobecne jedno wielkie przerażające pytanie : DLACZEGO???,
Nikt nie potrafił mi na nie odpowiedzieć....

Miałam dwadzieścia parę lat, a wewnątrz czułam się, jak staruszka. Każdy kolejny dzień, to była walka, żeby go przeżyć, kiedy jedynym marzeniem było zasnąć i nigdy już się nie obudzić... Żeby już w końcu przestało boleć, żeby przestać tak strasznie cierpieć...

Minęło parę miesięcy... Młodość ma swoje prawa...
Pomału zaczęłam wychodzić z Cienia, w którym tkwiłam...
Zaczęłam zauważać słońce... Zdziwiłam się, że liście na drzewach jakoś tak szybko pożółkły, odlatują gęsi.. Przecież dopiero była wiosna.... Nie zauważyłam upływającego czasu...
Wróciłam do pracy, między ludzi. To była mała miejscowość. Wielu mnie znało. Miałam Przyjaciół.
Pomogli nam wygrzebać się z tego, co przeszliśmy. Już tak nie bolało.
Zaczęło się w miarę układać, choć mnie to wszystko jednak przytłoczyło bardziej, niż myślałam.
Zaczęłam się znów uśmiechać, ale już bez dawnej radości.
Już nie miałam poczucia bezpieczeństwa, bo nie potrafiłam odnaleźć się...
Zgubiłam mój optymizm, nad którym tyle lat wcześniej tak bardzo pracowałam...
przestałam mówić, że nawet za najczarniejszych chmur musi w końcu wyjść słońce....

Cztery lata później znów zaszłam w ciążę.
Tym razem nie było już euforii.
 W dzień chodziłam uśmiechnięta, w nocy płakałam ze strachu, z obezwładniającej trwogi, że znów czeka mnie to samo...
W dzień tłumaczyłam sobie słowami Szymborskiej, że nic  dwa razy się nie zdarza, a w nocy przeklinałam swój los....
 A jednak, mimo to, w głębi duszy gorąco wierzyłam, że teraz musi być dobrze.
Że przecież dobry Bóg nie zrobi mi drugi raz tego samego świństwa...

ZROBIŁ.

Tym razem miałam bliźniaki. Odeszły kilka godzin po cesarce.
A ja już nie czułam nawet bólu, tylko wściekłość.
I długo, bardzo długo krzyczałam : dlaczego znów mi to robisz???
Obraziłam się na Boga.
Na wiele długich lat...
I straciłam wzrok na  długie tygodnie...
Prawdopodobnie to mnie uratowało przed obłędem...
To był jakiś niewyobrażalny koszmar, jakiś parszywy sen, z którego nie mogłam się obudzić....
Ból przyszedł później, kiedy w końcu wypuszczono mnie ze szpitala...
Ulica przerażała tak, jak spotkania ze znajomymi, Przyjaciółmi, bo w ich oczach nie było nic tylko jakaś cholerna litość. Nie tego potrzebowałam.
Chciałam tylko jednej odpowiedzi na proste pytanie : DLACZEGO?
Nikt nie był w stanie mi na to odpowiedzieć.
Nie mogłam sobie poradzić z tym wszystkim .  Zaczęłam pić. Na umór, codziennie, przez pół roku. Żeby nie myśleć, nie czuć, zapomnieć...
Piłam i nienawidziłam siebie, męża... Nienawidziłam go za to, że chodzi i uśmiecha się, normalnie rozmawia z ludźmi, jak by nic się nie stało... Nienawidziłam go za to, że chciał być moim mężem. Nigdy nie był wylewny, a wtedy po prostu ze mną na ten temat nie rozmawiał. Sprawiał wrażenie, że go to nic nie obchodzi...
Przecież to były nasze dzieci!
Ja nie piłam, ja chlałam. Codziennie wychodziłam rano, żeby zwyczajnie urżnąć się, żeby zabić w sobie te wszystkie niedobre myśli. A mąż zgarniał mnie z jakiegoś szemranego towarzycha, przyprowadzał do domu, mył, trzymał łeb, kiedy rzygałam, kładł do łóżka... I milczał. Nie mogłam znieść jego milczenia, braku okazywania uczuć ,bólu, cierpienia.... Znienawidziłam go za ten cholerny smutek w jego oczach, kiedy przychodziłam pijana...
Upłynęło pół roku. Piłam coraz bardziej. Nie pomagały żadne próby pomocy, tłumaczenia rodziny, przyjaciół. Na wszystko miałam tylko jedną odpowiedź. Wy nie wiecie, co to znaczy taki ból! Wy nie wiecie, jak strasznie cierpię! I uciekałam znów w wódę....
Któregoś dnia wróciłam do domu trochę trzeźwiejsza, ale za to bardziej agresywna.
Mąż siedział w fotelu. Milczał, jak zwykle, ale jego spojrzenie... Tam już nie było smutku, tylko jedna wielka litość... Wściekłam się. Zażądałam rozwodu. Powiedziałam, że nie chcę, żeby moim mężem był taki  gnój, który nic nie czuje. Powiedział tylko jedno zdanie, które sprawiło, że otrzeźwiałam na dobre.
" Ty  nie wiesz, ile waży trumienka z twoimi dziećmi, którą musisz zanieść na cmentarz, ty nie wiesz, bo byłaś wtedy w szpitalu, a ja musiałem to zrobić"...

Nigdy więcej już nie podniosłam kieliszka z rozpaczy. To jedno zdanie sprawiło, że dużo, bardzo dużo zrozumiałam...

Mieliśmy sobie sporo do wybaczenia, a ja przede wszystkim. Zrozumiałam, jak straszną byłam egoistką zarzucając mu brak uczuć. Trochę to trwało, zanim znów zaczęliśmy być prawdziwym małżeństwem.
Pomału zaczęliśmy się dogadywać. A po roku podjęliśmy pewną decyzję...
Zaczęliśmy starania o adopcję...


Początki małżeństwa ...

Kiedy czasem ktoś mówi, że chciałby znać swoją przyszłość, uśmiecham się pod nosem...
A jaką ma pewność, że będzie piękna i różowa?
Czy byłby w stanie znieść świadomość, że następne lata będą jeszcze gorszym koszmarem i udręką?
Lepiej tego nie wiedzieć...

Po Odejściu Krystyny nie było mi łatwo.
Nikt nie wiedział, co tak naprawdę nas łączyło...
A ja tak bardzo miałam ochotę wykrzyczeć cały mój ból....
Ale jak? Przecież w oczach wszystkich robiłam coś paskudnego.
Sama zaczęłam w końcu w to wierzyć. Wszyscy wokół byli heteroseksualni, więc mój związek był naganny, a jeśli tak to słusznie zostałam za niego ukarana.
To już tak jest, że kiedy spotyka nas coś złego, to szukamy winnych.
To wtedy zaczęłam sobie zadawać pytania, dlaczego Bóg mi to robi?
Nigdy nie byłam przesadnie religijna. Wierzyłam w Boga i to mi wystarczało.
To nie był jeszcze czas, by szukać Odpowiedzi...
Tłumaczyłam sobie, że moja miłość była występna, dlatego musiałam ponieść za nią karę.
Wtedy jeszcze nie widziałam jej pozytywnych stron...

Minęło kilka lat. Pomału wyciszyłam się...
Zaczęłam być bardziej otwarta na ludzi, na emocje. Zawierałam pierwsze ważne przyjaźnie, które dawały mi radość i poczucie bezpieczeństwa, choć dawać siebie tak do końca jeszcze nie potrafiłam. To miało przyjść znacznie później, kiedy już okrzepnę i zrozumiem...
Zawsze miałam dużo szczęścia do mądrych, otwartych ludzi, którzy wiele mnie sobą uczyli. Ich prawdy noszę w sobie do dziś...

Zawsze chciałam mieć dzieci.
To było moje największe pragnienie, jeszcze z dzieciństwa.
Wyobrażałam sobie, co im dam z siebie, czego nauczę, jaki dom stworzę...
Dom, który będzie Azylem, bez kłótni, wódy, przemocy. Dom, w którym nikt nigdy nie zrobi krzywdy dziecku....
Te marzenia zaczęły być coraz silniejsze...
Zawsze wokół mnie kręcili się jacyś koledzy, ale unikałam ich, jak ognia.  Nie byłam gotowa na obecność mężczyzny w moim życiu. Za bardzo bolała przeszłość. Ale nie da się nią cały czas żyć i na okrągło rozpamiętywać...
Pozamykałam wszystkie moje paskudy w zakamarkach niepamięci. Wmówiłam sobie, że te wszystkie złe, niedobre chwile, nie istnieją. Że nie istniała też K. Tak było lepiej.
Nie zmienię przeszłości. Czas zacząć normalnie żyć. Jak wszyscy wokoło. Bogobojnie, zgodnie z Dekalogiem, jak Bozia przykazała.

Mojego męża znałam  dużo wcześniej, jeszcze ze szkoły.
Zaczęliśmy się spotykać...
Był jedynym facetem, którego dotyk byłam w stanie zaakceptować i to się nie zmieniło do dziś.
Nie kochałam go. Ale szanowałam bardzo. Liczyłam na to, że miłość przyjdzie później...
Najważniejsza była chęć posiadania dziecka. Nic innego nie liczyło się...
Wiem, to był skrajny egoizm, ale wtedy tego tak nie oceniałam.
Chciałam tylko jednego. By w końcu ktoś pokochał mnie bezwarunkowo. Nie za wygląd. Nie za to, co mam w głowie, jaki charakter. Ale za sam fakt, że istnieję, że jestem... A taka jest miłość dziecka...
Bałam się tego małżeństwa. Mimo wszystko.
 Bałam się wspólnych nocy. Były we mnie obawy, jak sobie poradzę z własnymi emocjami.
Mąż okazał się bardzo delikatnym i czułym kochankiem. Pomału zaczęłam odnajdywać się w jego ramionach, czerpać radość ze wspólnych, intymnych chwil...
Moje wcześniejsze obawy pomału zaczęły znikać. I chyba po raz pierwszy miałam taki niesamowity, wewnętrzny spokój.  Czułam się kochana, pożądana... Mąż dawał mi poczucie bezpieczeństwa...
Patrzyłam w przyszłość z uśmiechem i nadzieją, że całą tą okropną przeszłość mam już za sobą, że teraz może być już tylko lepiej...

Do pełni szczęścia brakowało mi tylko dziecka.
Kiedy więc po roku okazało się, że jestem w ciąży, szalałam z radości:)
Każdy dzień to było słońce, radość. Zasypiałam bez koszmarów, budziłam się z uśmiechem.
Mąż był szczęśliwy, jak dziecko....
To był najpiękniejszy okres naszego małżeństwa. Uwierzyłam, że mogę być szczęśliwa , że moje małżeństwo czekają jasne, dobre dni...



Postscriptum do " Miłość buduje, miłość niszczy..."

Sama zastanawiałam się nieraz, dlaczego  moja pierwsza miłość nosiła kobiece imię...
Myślę, że nie mogło być inaczej.
Teraz, po kilkudziesięciu latach od tamtych wydarzeń, znam odpowiedzi na wiele pytań.
Nie mogło być inaczej, bo żadnego faceta nie byłam wtedy w stanie zaakceptować.
Żadnemu nie dałabym szans już w przedbiegach.
K.była dla mnie Darem, który pomógł mi oswoić rzeczywistość, a przede wszystkim samą siebie.
Nie ma co gdybać,co by było, gdyby było...
Każdy ma swój los. Każdy ma za sobą inne przeżycia, które determinują jego przyszłość.
Gdyby nie K., byłabym dalej dzikim, nieokrzesanym zwierzakiem. Żaden facet wtedy nie byłby w stanie zrobić dla mnie tego, co Ona. Tego jestem pewna.
Prawdopodobnie tkwiłabym całe życie w skorupie, do której nikt nie miałby dostępu.
Dziś byłabym zgorzkniała, z nienawiścią do świata. Jeśli w ogóle byłoby jakieś dziś.
Przed poznaniem K. miałam już skłonności samobójcze. Byłam w ciągłej depresji i nie wierzyłam w nic, ani w nikogo.
K... Ona była ważna jeszcze z jednego powodu.
Nie znałam wtedy, to naturalne, swojej Przyszłości.
Nie wiedziałam, co mnie czeka.
Dziś wiem z całą świadomością, że gdyby nie pojawiła się w moim życiu, nie byłabym w stanie znieść tego, co było przede mną...
 Dała mi siłę i wiarę, że mam prawo być szczęśliwa, jak każdy człowiek.
Że zniosę wszystko, bo życie jest najważniejsze. Bo nawet po największych udrękach, cierpieniach, w końcu wychodzi słońce.
 Było między nami wiele, wiele rozmów. Wtedy, kiedy trwały, nie doceniałam ich znaczenia. Zrozumienie przyszło po wielu latach.
Myślę, że Tam Na Górze Ktoś mnie jednak zawsze bardzo kochał, dlatego postawił mi na Drodze właśnie K., z Jej ciepłem i mądrością. Ona była tą Opoką, Wspomnieniem z którego czerpałam siłę, by przetrwać, kiedy zaczęła dziać się Przyszłość... Gdybym wiedziała wtedy, co mi niesie....

niedziela, 2 marca 2014

Miłość buduje, miłość niszczy...

Uparłam się, że będzie wszystko...
Uparłam się sama przed sobą, że tu ma być szczerze, bo inaczej to nie ma sensu.
To prawda, niektórzy mają zawsze pod górkę...
Cokolwiek dotkną i tak zamieni się w przysłowiowe gówno.
U mnie to gówno często przeplatało się z chwilami, kiedy było mi tak zwyczajnie dobrze..
Nauczyłam się też bardzo cenić te drobne dary od losu, bo nigdy nie wiedziałam, kiedy znów dostanę w łeb.

Z mego dzieciństwa wyszłam z kawałkiem lodu, zamiast serca.
 Było tragicznie.
Moim światem zawsze były książki.
Były moją wyspą szczęśliwą, na którą uciekałam, kiedy rzeczywistość nie dała się już znieść.
Tam zawsze było pięknie i dobrze, bo tam nikt mnie nie ranił, nie dotykał...
A właśnie....
Dotyk.
Czym on jest?
Jak go odbieramy? Lubimy być dotykani?
Mnie dotyk bardzo długo kojarzył się z czymś niedobrym, obleśnym, obrzydliwym. Nienawidziłam, kiedy dotykał mnie ktoś, bez względu na płeć i wiek. Nawet przypadkowe muśnięcie sprawiało, że dostawałam agresji i potrafiłam po kimś nieźle pojechać, choć na ogół byłam bardzo wycofana, zamknięta w sobie.
Nie ufałam nikomu. W szkole uchodziłam za dziwadło.
Cały czas z nosem w książce, bo to był jedyny sposób, żeby się nimi odgrodzić od rówieśników.
Wydawali mi się bardzo dziecinni... Nie umiałam znaleźć z nimi wspólnego języka. Nie umiałam gadać z nimi o taki zwyczajnych sprawach nastolatków...
Oni mieli swój świat, ja swój, do którego nie dopuszczałam nikogo.
Wyrosłam z ogromnym poczuciem winy.
Dorośli potrafią wmówić sobie wiele paskudów. Dzieciom przychodzi to jeszcze łatwiej...
Mówili, że podobno byłam ładną dziewczynką. Więc wmówiłam sobie, że to moja wina, bo gdybym była brzydsza, to żaden z tych gnoi by na mnie nawet nie spojrzał. Bałam się swojej kobiecości, bo kojarzyła mi się z czymś brudnym i złym....
Byłam wtedy chyba najczystszym dzieciakiem świata, bo wciąż się myłam. Wydawało mi się, że jestem brudna i tego brudu nigdy już nie zmyję... Wydawało mi się, że wszyscy to widzą...
Zaufanie. Nawet nie wiedziałam wtedy, co to znaczy.
Bałam się ludzi, bo nikt mi nie pomógł. Dorośli kojarzyli mi się ze Złem, z koszmarami, z bólem...
Mężczyźni.  Byli najgorszymi wrogami, którzy potrafią tylko krzywdzić, zadawać niewyobrażalny ból, niszczyć. Mężczyźni zostawiają po sobie spaloną ziemię. Długo tak myślałam...
Nienawidziłam ich wszystkich i każdego z osobna....
Kobiety. Ogromny żal, za ich ślepotę, za brak zainteresowania.
Czy to tak trudno zauważyć, że obok jakiś dzieciak cierpi???
Myślę, że widziały. Ale nie chciały się wtrącać. To słynne zamiatanie pod dywan... A to jeszcze gorsze.
No więc, tak generalnie, nie ufałam nikomu, nienawidziłam wszystkich, za wszystko.
Porównuję siebie,, z tamtego okresu do dzikiego zwierzątka. Taka wtedy byłam.
Nie zrozumiana, niekochana, nie potrafiąca nikomu zaufać.
 A przecież każdy chce być kochany...
Ja uwierzyłam, że mnie kochać się nie da, bo jestem zła, niedobra, bo za mną ciągnie się tamta przeszłość, na którą sobie zasłużyłam.
Miałam niemal 16 lat i przekonanie, ze jestem najgorsza z możliwych, bo ojciec nie był w stanie mnie pokochać, a dla matki byłam złem koniecznym...

To wszystko zaczęło się na plaży...
 Topiłam się, bo nie umiałam pływać. a woda zniosła mnie zbyt daleko od brzegu.
Byłam pewna, że już po mnie. Łykałam wodę, dusiłam się i było już naprawdę niedobrze.
Poczułam tylko, że ktoś łapie moją rękę....
 Wyciągnęła mnie z wody dziewczyna, kilka lat starsza ode mnie.
I poczuła się za mnie bardzo odpowiedzialna.
Mieszkała niedaleko mnie. Znała mój dom, którego ja się wstydziłam.
Nie zrażało jej to, kim jestem.
Nie wiedziała o mnie nic, a ja nie byłam nauczona zwierzeń.
Była serdeczna, otwarta i bardzo życzliwa, ale ja nie ufałam nikomu i każde cieplejsze słowo odbierałam jako zagrożenie.
Byłam z początku wobec niej nawet chamska, bo nie mogłam uwierzyć, że ktoś może mnie lubić....
Długo to trwało, parę miesięcy, zanim małymi kroczkami zaczęłam je ufać...
Udowadniała mi na każdym kroku, jak jestem dla niej ważna.
A przede wszystkim uczyła mnie wielu rzeczy. Pokazywała, że nie wszyscy są źli i niedobrzy.
 Że  można uśmiechać się, czuć radość. Była niesamowitą optymistką i tego mnie uczyła. Otwartości, szczerości... Ale też, jak należy zachować się przy stole, jak się ubrać, wysławiać.
Z dzikiego zwierzątka stawałam się kobietą... Coraz pewniejszą siebie, swojej wartości, atrakcyjności...
 W jej oczach odnajdywałam to, czego nikt nie dał mi wcześniej.
Miłość. Nie jakieś abstrakcyjne, książkowe uczucie, ale realne, namacalne.
I najważniejsze, bo miłość, którą obdarzono mnie.... To dzięki niej uwierzyłam, że można mnie pokochać. Że nie jestem niczemu winna.
 Bo to tylko wina tych gnoi, którzy spełniali swe chore zachcianki na mnie, dzieciaku...
Jeśli przedtem bałam się dotyku, to przy K. odkrywałam jego piękno, jego potrzebę...
 Zakochałam się. Zakochałam się pierwszą, głęboką miłością, o jakiej wcześniej nie śmiałam nawet marzyć.
Odwzajemniała moje uczucie i dawała mi wszystko, co było w niej najwartościowsze. Serce, niesamowitą wrażliwość, poczucie bezpieczeństwa... A przede wszystkim mądrość, dzięki której pomagała mi pokonywać moje potwory. To przy niej zasypiałam spokojnie, bez koszmarów, bez udręki, że mnie obudzi ktoś zły...
Oczywiście, że nie mogłyśmy chadzać po ulicy trzymając się za ręce.
 Dziś wciąż ludzie mają problem, by zaakceptować inną orientację seksualną.
Wtedy było to niemal całkowite podziemie. Ale byłam tak zakochana, że to nie miało żadnego znaczenia. Liczyła się tylko ona  i to, co mi daje...
 Byłyśmy razem 3 lata... Dzięki niej stałam się prawdziwą kobietą, świadomą siebie, swej atrakcyjności. Uwierzyłam, że jestem mądra. Że można mnie kochać za to, co noszę w sobie...
 Już nie czułam się, jak zbity, niekochany, odtrącany pies...

Planowałyśmy wspólną przyszłość
 Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć dzieci.
To było moje największe, najgorętsze życzenie.
 Dla niej pogodziłam się, że  ich mieć nie będę....

A później wszystko się skończyło.
Ot, tak.

 Jednego dnia kochasz i świat masz u swych stóp, a na drugi dzień nie ma już nic.
Wracasz z powrotem do swojej dziury, pełnej dawnych koszmarów, niekochania i jeszcze większej nienawiści do świata...
K. utopiła się ratując życie jakiemuś dzieciakowi, który topił się tak, jak ja przed kilku laty...
 Koło zamknęło się.
 A ja nie mogłam nawet powiedzieć nikomu, że mój świat zawalił się, że tak strasznie, niewyobrażalnie cierpię....















sobota, 1 marca 2014

Poprzez koszmary dzieciństwa...

Nigdy nie byłam smutasem.
Nie, wróć.
Byłam. W dzieciństwie.
Czas, kiedy w naszym życiu powinna mieszkać radość, beztroska i miłość.
W moim dzieciństwie nie było żadnego z tych elementów.
Mój dom nie był bezpieczny i szczęśliwy.
Matka, to dla mnie osoba, która powinna zapewnić dziecku nie tylko jedzenie i ubranie, ale przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Nigdy go tam nie miałam.
Było za to wszystko inne.
Wóda, towarzystwo, w którym ona, prosta kobieta zagubiła się.
Była zwyczajną, niewykształconą kobietą, którą przytłoczyło samotne wychowanie swoich dzieci.
Długo nie mogła sobie poradzić z odejściem do innej kobiety, naszego ojca.
O nim krótko. Mój ukochany tatuś, który z chwilą odejścia wymazał nas sobie z pamięci tak skutecznie, że nigdy więcej już go nie zobaczyłam. Długo tęskniłam, cholernie długo...
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego? Dlaczego nagle przestał mnie kochać? Przecież byłam jego ukochaną córeczką...
Tęsknota przerodziła się z czasem we wściekłość, później w nienawiść i żal, by na koniec być już tylko obojętnością...
Przestał po prostu dla mnie istnieć.
Matka natomiast wciąż szukała nam nowego zastępcy do wypełniania obowiązków rodzicielskich, a sobie faceta do łóżka...
Niestety, nie miała za grosz instynktu samozachowawczego.
Była tak zaślepiona, że nie zwracała uwagi na to, że wpuszcza wilka do owczarni.
Wystarczy, że dawał jakąś kasę i był miły.
Zostawali natychmiast "naszymi wujkami, których mamy szanować i  cieszyć się, że chcą pomóc w naszym wychowaniu.
I "pomagali"...  Tak skutecznie, że do dziś to we mnie siedzi.
Dziś ludzie mówią o wielu sprawach. Tych najbardziej wstydliwych, bolesnych, obrzydliwych...
Wtedy wszystko, co brzydko pachniało, chowano głęboko udając, że nie mówi się, to nie istnieje...
Ale istniało.
Przemoc seksualną, pedofilię nie wymyślono dzisiaj, na potrzeby mediów.
Istniała zawsze. I doświadczyło jej naprawdę wiele dzieci. Dziś matki uczulają swoje dzieci na nieprawidłowe zachowania dorosłych. Sama to tłumaczyłam swoim dzieciom.
Tym bardziej, że ja wiedziałam doskonale, jak to wygląda z perspektywy dziecka.
Matka nic nie widziała, nie słyszała..
Kiedyś próbowałam powiedzieć.
Dostałam pierwszy i ostatni raz największe lanie w życiu.
Za straszne kłamstwo. Tak wielkie kłamstwo, że matka nie mogła sobie wyobrazić, jak mogła urodzić takiego potwora... Na wiele lat zostałam kłamczuchą. Bo śmiałam oskarżyć kolejnego "wujka" o molestowanie.
Tylko ten, kto przeszedł coś podobnego, potrafi zrozumieć...
Nie da się opowiedzieć, komuś, kto tego nie doświadczył ,swoich przeżyć, myśli, odczuć z tamtego okresu.
Trzeba było wielu mądrych ludzi na mojej drodze, bym mogła sobie z tym poradzić.
Poradziłam, choć zapomnieć, nie zapomnę.
A skutki też ciągną się latami...
Drobne, niewidoczne dla obcych, ale my o nich wiemy.
Ot, chociażby sen.
Pytają mnie czasem, dlaczego śpię tak mało.
Mówię, że te typy tak mają:) Ale tak naprawdę, to pozostałość po dzieciństwie i czasem lęk, że kiedy zamknę oczy pojawią się senne koszmary z dzieciństwa. To zresztą dłuższy temat...
Dlaczego o tym opowiadam? Nie chcę epatować tym, jaka to ja byłam nieszczęśliwa i biedna.
To nie o to chodzi. Po prostu łatwiej zrozumieć to, co było w moim życiu później.
 A przede wszystkim, dlaczego moje małżeństwo jest takie, a nie inne...
Myślę, że teraz z perspektywy czasu, z racji tego, że jestem dorosła i wiele przeszłam, na tamte wydarzenia patrzę inaczej.
Moja matka nie żyje już parę lat.
Nigdy tego tematu nie poruszałyśmy. \
Ale wiem, że zrozumiała. Późno, ale zrozumiała.
Odchodziła przy mnie. Wiedziała, że to już koniec.
Poprosiła mnie o wybaczenie. Nie powiedziała za co. Wiedziałyśmy obie. Bez słów.
Chyba tego potrzebowała, żeby spokojnie Odejść.
Usłyszała to, na co czekała.
W sercu wybaczyłam znacznie później.
 Kiedyś, na jednym ze spacerów poukładałam to sobie w myślach, w swoim wnętrzu.
Nie chcę nienawidzić.  Chcę być naprawdę wolna
I jestem.
Teraz wiem, że moja miłość do dzieci, do moich dzieci, jest  głęboka i nieskażona moją przeszłością.
Bo wiem, że jeśli nosi się w sobie  nienawiść, na jej fundamentach trudno zbudować coś fajnego.
Mnie się udało.
Tego jestem pewna.
Potrafię kochać głęboko i prawdziwie. To moje zwycięstwo.
A reszta? Też poukładam, bo jestem silna.




piątek, 28 lutego 2014

Może dziś zaszalejesz i powiesz : kocham cię?

Kiedy obserwuję ludzi, ich wzajemne relacje, zastanawiam się często, co jest ważniejsze : miłość, czy przyjaźń?
Bardzo rzadko zdarza się połączenie jednego z drugim.
 Znam takie związki. Są bardzo rzadkie i dotyczą one zazwyczaj ludzi w dojrzałym wieku, którzy nauczyli się już sztuki kompromisu, która jest jedną z podstaw przyjaźni.
Nawet najpiękniejsza miłość z biegiem czasu stygnie. Ale jeśli zostaje wzajemny szacunek, przywiązanie i zrozumienie, to już jest bosko.
W codziennym życiu, w ciągłym zabieganiu, często gubimy naszą miłość. Zapominamy o ważnych rocznicach, ciepłym słowie, przytuleniu, pocałunku. Zapominamy, że drobne gesty mówiące o naszych uczuciach do drugiej osoby, są niezwykle ważne. Bo bez nich nasze życie staje się rutyną...
Pamiętamy, że trzeba iść do pracy, zjeść śniadanie, obiad, wyskoczyć na piwo z kolegami, albo na zakupy z koleżankami... Trzeba umyć zęby, założyć świeżą koszulę, umyć samochód, opłacić rachunki...
Ale przytulić swoją połówkę, posłać jej ciepły uśmiech, powiedzieć, tak zwyczajnie ;kocham cię....
Im dłużej jesteśmy w związku, tym trudniej o takie zachowania...
Dlaczego?
Przecież tak naprawdę, czy jest ktoś dla nas ważniejszy?
Przecież wiemy, że nie.
A jednak...
Bo nie musimy już się starać?
Bo ona/on i tak wie, że kochamy?
A skąd ma wiedzieć, kiedy tego nie okazujemy?
W przyjaźni dajemy dowody drugiej osobie, że nam zależy.
Dzwonimy, spotykamy się, jesteśmy pomocni, kiedy zachodzi taka potrzeba.
Chuchamy i dmuchamy na przyjaźń i podtrzymujemy ją na wiele sposobów.
W miłości raz zdobytej, przestajemy się starać. Tak, jak by była nam dana na wieczność.
A życie udowadnia, że nie podsycany ogień, musi zagasnąć...
Dlaczego o tym piszę?
Bo w moim małżeństwie wygasł już dawno...
Dmuchałam, chuchałam... Do pewnego momentu...
Bo ileż razy na pytanie, czy mnie kocha, można słuchać : przecież inaczej bym z tobą nie siedział!
Siedzieć, to można na dupie!
A koło uczuć trzeba chodzić!
To już nawet nie boli...
 


Nocny czas...

Jest już bardzo późno....
Kolejna noc, kiedy nie mogę usnąć, mimo ogromnego zmęczenia...
Codzienne obowiązki, jakich nigdy w domu nie brakuje, a później już czas dla siebie...
Czytam książkę koleżanki, którą niedawno ona wydała. To niesamowite uczucie poznawać myśli, odczucia, kogoś kogo się zna, a przynajmniej tak mi się wydawało...  Noszę teraz jej myśli w sobie, układam je, analizuję...
Tak, jak bym poznawała zupełnie nowego człowieka....
To, co przeczuwałam w niej, teraz odnajduję jeszcze piękniejsze, niż mogłam sobie wyobrazić.
 Głęboka wrażliwość, którą pokazuje chwilami wstydliwie, niepewnie, by natychmiast pokryć ją szorstkością, czasem żartem.
Zadziwiająca pamięć szczegółów miejsc, które zwiedziła. I wrażeń, odczuć z tych podróży...
 Tak pięknie pokazuje siebie, swoje wnętrze. Ma doskonałe pióro. Lekkie, które nie nuży, a zmusza do myślenia. Zachwyciła mnie sobą...

Otwieram okno, by wywietrzyć pokój przed snem. Siadam na parapecie i wsłuchuję się w noc...
 Słyszę pohukiwanie sowy... Za chwilę odzywa się następna...
Gdzieś w gnieździe popłakuje przez sen jakiś ptak.. Słyszę lekki szelest gałęzi pobliskich krzewów...
To sarny idą na nocny żer... W tej bez świetlnej, pozornej ciszy las żyje, oddycha, a ja to czuję, jak bym była w samym centrum tego lasu.
Dziwne to szczekanie dobiegające z głębi... Mąż wspominał, że w okolicy pojawiły się wilki...
Widział je kilka dni temu.. To niedobrze. Jeśli się tutaj rozmnożą, zostaną na długo. Przestanie tu być bezpiecznie...
Zamykam okno.
Pora do łóżka. O świcie chcę iść do żurawi....

środa, 26 lutego 2014

Kiedy ściągamy naszą zbroję...

Każdy z nas nosi maskę.
A właściwie zbroję.
Inaczej się nie da. To nasza obrona przed zranieniem, przed dotknięciem naszego serca, naszej duszy przez obcych...
Każdy marzy, by mieć wokół siebie ludzi dobrych, życzliwych, bo wtedy można zaufać i ściągnąć swoją zbroję...Pokazać siebie prawdziwą, bez ściemy i upiększeń...
Z nadzieją, że ten komu pokażemy nasze wnętrze, doceni to i zrozumie...
Mamy Przyjaciół, przed którymi jesteśmy sobą, przed którymi  nie udajemy, bo znają nas takimi jakimi jesteśmy. Kochają nasze zalety, tolerują nasze wady i mogą liczyć na wzajemność...
Ale wiadomo, że czasem wystarczy niewiele, by z pięknej Przyjaźni został popiół...
Wtedy nie pomoże nawet szybko nałożona zbroja, bo niedawny przyjaciel wie, jak się pod nią dostać i zdzielić nas przez łeb... Zna nas doskonale i wie, jak zranić, by mocniej zabolało...
Kiedy to zrobi ktoś obcy, łatwiej powiedzieć : człowieku, nie znasz mnie i klepiesz, co ci ślina przyniesie na język...
W przypadku rodziny, albo dawnych przyjaciół jest zupełnie inaczej. Dlatego ich razy pamiętamy dłużej i są dotkliwsze, bo celniejsze... Dłużej nosimy w sobie żal, trudniej wybaczamy...

Kim jest dla mnie drugi Człowiek?...
Lubię ten moment poznawania kogoś nowego.
Smakowania go, szukania w nim tego, co mnie zachwyca w innych...
Podobnej wrażliwości, inteligencji, empatii...
Lubię ludzi zakręconych, szalonych, pełnych ciepła i życzliwości.
Takich, którzy bez wahania wsiądą w samochód i przyjadą z drugiego końca świata, bo nawet nie mówisz, a oni i tak wiedzą, że ich potrzebujesz...
Lubię takich, którzy mówią, "kocham cię", " jak dobrze, że jesteś". Bo wtedy czujesz jego, czy jej bliskość...
Czujesz, że jesteś ważna i potrzebna.
I daję wtedy nie to samo, ale stokroć więcej... Bo wiem, że warto...
Bo przy kimś takim nie potrzebuję nosić żadnej zbroi...
Czy mam wokół siebie takich ludzi?
O tak:) Udowadniają mi na każdym kroku, jak jestem dla nich ważna...
I ja też podkreślam im często, jak bardzo rozświetlają moje życie...

Ostatnio poznałam kogoś nowego.
Jeszcze nie wiem, jakim jest człowiekiem, ale już to co odkryłam, zachwyca mnie...
Czy pozwoli mi zajrzeć w siebie?
Już pozwala...
Jeszcze nieśmiało, niepewnie... Ale już wie, że ja nie ranię i nie kopię.
Pomału zaczynamy ściągać przy sobie nasze zbroje...
Czas pokaże, czy warto...

Główna zasada : brak zasad.

Jeśli istnieje Dobro, musi - dla równowagi - istnieć Zło.
Dobra usprawiedliwiać nie trzeba. Obroni się samo.
Ze Złem jest już inaczej.
Do Sądu nie zgłasza się spraw, w których ktoś okazał się dobrym człowiekiem, postąpił szlachetnie albo nawet został bohaterem.
Przed oblicze Temidy trafiają sprawy, które są naganne, które łamią nasz kanon poczucia sprawiedliwości.
Zastanawiam się czasem, jak bardzo ludzie wypaczyli pojęcie Zła.
Przecież na zdrowy rozum biorąc, czynów haniebnych usprawiedliwić się nie da.
A sądy to robią.
Szczególnie ostatnio widzi się tak rażące przykłady, że wielu ludzi zaczyna wątpić w obiektywność sądów.
Przecież taki zwyczajny zjadacz chleba wie doskonale, co jest dobre, a co paskudne. Nie zna się na zawiłościach prawa, bo nie musi. Wystarczy mu zdrowy rozsądek, by ocenić daną sytuację.
Tymczasem w dzisiejszych sprawach sądowych robi się wszystko, by znaleźć usprawiedliwienie dla zbrodniarza. Nie ma, że coś jest białe, albo czarne. W tych szarościach szuka się furtki, która pozwoli ewidentnemu sprawcy wybronić się od kary.
Dlatego wielu ludzi nie ufa już sądom, a pośrednio i Państwu.
To jest coraz bardziej niebezpieczne, bo często słyszy się wypowiedzi ludzi, że gdyby mieli dostęp do broni, sami wymierzyliby sobie sprawiedliwość. Złe prawo, prawo, które pozwala wymigać się od słusznej kary, jak najmniejszym kosztem - deprawuje. Deprawuje, bo rodzi poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.
Bo rodzi przekonanie, że niesprawiedliwość, czynienie Zła jest bezkarne...
Każdy medal ma dwie strony.
Pamiętam, że kiedyś w Rosji rozgorzała debata nad zniesieniem kary śmierci.
Jej przeciwnicy argumentowali, że przestępca zabija, żeby nie być rozpoznanym przez ofiary, bo wtedy czeka go śmierć.
Zniesiono ją.
Przestępczość w krótkim czasie wzrosła ogromnie, bo tym razem zbrodniarze bali się wieloletnich wyroków. I zabijali tym bardziej, bo wiedzieli, że nie podzielą losu swych ofiar.
Znam życie i wiem, że każdemu może przydarzyć się sytuacja, w której złamie prawo.
Ale jeśli ktoś jest recydywistą i swym życiem udowadnia, że ma w nosie prawo i innych ludzi, to dlaczego ma dostawać kolejną szansę? Bo jest nadzieja, że się poprawi, zmieni?
Przepraszam, nie napiszę, czyją matką jest nadzieja, bo to każdy wie.
Ja chcę tylko mieć poczucie bezpieczeństwa.
Chcę mieć świadomość, że człowiek, który skrzywdzi moich Bliskich, Przyjaciół, kogokolwiek, nigdy więcej nie będzie miał już okazji zrobić tego ponownie.
Chcę mieć pewność, że w sądzie dostanie wyrok, na jaki zasłuży, a nie według widzimisię pana adwokata, który znajdzie  odpowiedni kruczek prawny, żeby jego klient dostał, jak najmniejszy wyrok.
Czasem odnoszę wrażenie, że sprzedaliśmy już wszystko.
Człowieczeństwo, poczucie honoru, sprawiedliwość.
Czy są jeszcze bariery, których ludzie nie przekroczyli?
Światem rządzi pieniądz.
Dla niego człowiek człowiekowi wilkiem...
Czasem wydaje mi się, że im głupiej, im straszniej, tym lepiej...
 Dekalog, zasady moralne są dziś bardzo, bardzo niemodne...
Jak jest teraz główna zasada współczesnego świata?
BRAK ZASAD...


wtorek, 25 lutego 2014

Tak długo i boleśnie szłam tutaj...

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym kiedyś zamieszkać na wsi.
Całe życie mieszkałam w mieście, a wieś to nie były moje klimaty.
Tymczasem życie zmusiło mnie, żebym zmieniła zdanie.
Kilkanaście lat temu, z dnia na dzień przemeblowaliśmy nasze życie całkowicie.
Beż żalu.
Miasto w ostatnim okresie pobytu tam, kojarzyło mi się z kłopotami, chorobami i coraz większą zapaścią finansową.
Wcześniej radziliśmy sobie nieźle.
Nagle przyszła ciężka choroba męża, która wywróciła nasze życie do góry nogami.. Przez pierwsze miesiące robiliśmy wszystko, żeby wyzdrowiał, żeby wrócił do dawnej formy. Udało się o tyle, że paraliż, któremu uległ, cofnął się w znacznym stopniu, choć nigdy do końca. Nasze finanse, każdy grosz szedł na leczenie, rehabilitację i tak zwyczajnie zaczęło w końcu brakować na chleb, na opłaty.... To był ciężki okres w naszym życiu...
 Mąż, przedtem okaz zdrowia, zaczął załamywać się i coraz częściej mówił o śmierci.. Trzymała go przy życiu tylko nasza maleńka wtedy córeczka.
Pokonaliśmy chorobę, ale wiedzieliśmy, że przy jego rencie, nie damy rady utrzymać się na powierzchni.
Decyzja mogła być tylko jedna...
Sprzedaliśmy mieszkanie w mieście i kupiliśmy stary, poniemiecki dom na wsi.
Wyjeżdżałam stamtąd z ulgą...
Nigdy tak do końca nie czułam tamtego miasta.Owszem, mieliśmy tam rodzinę, Przyjaciół i tylko tych kontaktów żałowałam.
Reszta....
Okna naszego domu wychodziły na leżący w oddali cmentarz...
Codziennie rano... Codziennie rano pierwsze moje kroki kierowałam do okna...
Tam, na wzgórzu były groby naszych trojga dzieci... Odchodziły kilka dni po urodzeniu...
Stałam rano, wpatrzona w cmentarz i codziennie, wymieniając Je po imieniu, witałam...
Wieczorem ten sam rytuał, tylko wtedy szeptałam "dobranoc"...
Nigdy nie wyzwoliłam się z tej traumy.. Nakładała się na poprzednie, równie tragiczne przeżycia...
To miasto kojarzyło mi się zawsze z utratą tego, co najdroższe...
Przytłaczało wspomnieniami, które bolały bez względu na ilość upływających dni...
Chciałam się z tego wyzwolić. Zmienić wszystko, przestać w końcu żyć przeszłością...Udało się o tyle, że wciąż pamiętam, ale już tak nie boli...
A tutaj wszystko było inne...
Stary dom, który do tej pory remontujemy, zapełniając kolejne nasze dni tutaj. Nowe przyjaźnie, wychowywanie dzieci...
Przyjechałam tutaj, bo taki był mój wybór. Może dlatego dość szybko zaczęłam akceptować tą nową rzeczywistość...
Nie było łatwo.
Pieniądze ze sprzedaży mieszkania w mieście, pochłonęło kupno domu i przeprowadzka. Wyszliśmy na zero. Ale i tak było lżej. Hodowla blondynek, kury... Pomału zaczęliśmy sobie radzić..
A ja odnalazłam siebie, a właściwie coś dla siebie...
Coś, co było tylko moje, co dawało mi niesamowitą radość i poczucie, że całe życie szłam do tego miejsca...
Mieszkamy z dala od wsi.
 Nasz dom opiera się od północnej strony o potężny las. Od południa rozpościera się przecudny widok na pola i łąki. Jestem tam praktycznie codziennie, każdego poranka...
Tam odnajduję spokój, mam poczucie bezpieczeństwa.
Cisza przerywana śpiewem żurawi, widok przechadzających się saren i jeleni... To mnie uspokaja...
To moja maleńka kropka na mapie świata... Jeździłam kiedyś sporo po świecie, ale dopiero tutaj zaczęłam po cichu wierzyć, że coś mi się w życiu zaczyna układać, że dopiero tutaj odnajduję siebie...
To tutaj odważyłam się otworzyć na oścież moją szufladę z wcześniejszymi notatkami, szkicami. Tutaj uwierzyłam, że jeśli inni mogą pisać, to ja też...
Jeszcze niepewnie, jeszcze mam wątpliwości, czy moje pióro jest dobre...
Ale chcę pisać, chcę wierzyć, że to ma sens...
W moim życiu było wiele paskudów, ale dla równowagi nie brakowało też pięknych chwil...
Mam to zostawić tylko dla siebie?....

Za długi język...

Często zdarza mi się słyszeć w różnych przygodnych rozmowach narzekania, że dzisiejszy świat schodzi na psy. Że jest już tak źle, że gorzej być nie może. Za każdym razem jednak przekonujemy się, że zostaje pokonana kolejna bariera, która wcześniej wydawała się nieprzekraczalna...
Chodzi o obyczajowość. O zasady, którymi kierujemy się w życiu.
 Ale też o taką zwyczajną życzliwość, empatię do drugiego człowieka...
 Wszyscy narzekamy, że ludzie przestali się tak zwyczajnie lubić.
Że teraz jedyną zasadą, jaką kierują się w życiu, jest brak zasad. Wszystko wolno, aby tylko im było dobrze. Egoizm i brak zrozumienia...
Czasem zdarza się, że człowiek, którego - wydawałoby się - że dobrze znamy, ufamy mu, okazuje się naszym wrogiem. Takie historie zdarzają się też w rodzinie.
Moja siostra była mi zawsze bliska.
Wydawało mi się, że kierujemy się w życiu podobnymi zasadami, a jedną z nich jest wzajemne wspieranie się. Często tak było. W różnych, czasem bardzo trudnych sytuacjach.
Niekiedy też rozmawiałyśmy o naszych dzieciach i jedna drugiej zawsze coś doradziła.
Tymczasem teraz okazuje się, że wiele naszych rozmów przekazywała swoim, nie zawsze godnym zaufania koleżankom. A to szło, jak po łańcuszku dalej i dalej, aż dotarło do moich uszu.W tak wyolbrzymionej formie, że mnie zwyczajnie zatkało. Jedyną osobą, która o tym wiedziała, była moja siostra. Dała mi wtedy świetną radę, która sprawdziła się. Sprawa była dla mnie bardzo istotna, ale nie przeznaczona dla obcych uszu i wyraźnie prosiłam siostrę o dyskrecję.
Wściekłam się.
Zarzuciłam jej nie lojalność i plotkarstwo.
Była zdumiona.
O co mi chodzi???
Przecież nic takiego nie stało się. Jej koleżanka miała podobną sytuację, więc uważała, że powinna opowiedzieć jej, jakie my znalazłyśmy wyjście z problemu.
Zgoda, mogła tak postąpić, ale dlaczego podawała szczegóły dotyczące mojej tożsamości?
 I usłyszałam, że przecież nic takiego się nie stało....
Zabolało mnie to lekceważenie.
Nie wyobrażam sobie czegoś takiego. Dyskrecja jest dla mnie bardzo ważna, bo na niej buduje się zaufanie, albo je traci.
 Do tej pory bardzo ufałam mojej siostrze, a teraz okazuje się, że bezpodstawnie.
Bo przy okazji zaczęły wychodzić inne sprawy...
Mam nauczkę? Mam, i to bardzo dotkliwą...
Ale chyba najbardziej boli jej nielojalność.
Nie znoszę plotów. Nie znoszę i tyle. Siostra zna mnie doskonale i wiedziała, że mnie to dotknie.
A mimo to...
Wiem, że już nigdy nie zwrócę się do niej z żadną prośbą o radę. Zawiodłam się...
Mogę wybaczyć, jeśli ktoś zrobi coś niechcący, ale nie świadomie i jeszcze nie poczuwa się nawet do tego, by zwyczajnie przeprosić...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Moja codzienna dawka dobrej energii...

To prawda, że nowy dzień przegania smutki z poprzedniego...
Dziś już jestem spokojniejsza.
Po prostu, o świcie poszłam na bardzo długi spacer.
 Te spacery są cholernie ważne, bo pomagają mi ułożyć sobie wszystko...
Przemyśleć, pokłócić się sama ze sobą...
I najczęściej wniosek jest jeden.
Co z tego, że moja rzeczywistość jest czasem tak okropna? Jaki mam na nią wpływ? Żaden, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak bym sobie tego życzyła. Czyli, jeśli się nie ma tego, co się lubi, to się lubi, co się ma... Proste, jak budowa cepa...
Kubek kawy w dłoni, kurtka na siebie i hajda na moje ukochane pola i łąki....
Codziennie, jak tylko niebo leciutko zabarwi się na różowo, mnie już tu nie ma.
Idę tam, gdzie czuję się najlepiej, najbezpieczniej... Między moje ukochane żurawie, które już rzadko podrywają się do lotu na mój widok... Oparta o pień drzewa, popijam spokojnie kawę,  Dzisiaj jest ich pięć....
Mam wrażenie, że one domyślają się na co czekam...
Dziś wyjątkowo długo każą mi czekać... Ale to nic, nie odejdę wcześniej, dopóki nie dadzą mi codziennej dawki swej energii...
Po kilku minutach, zaczynają... Najpierw jeden, a po chwili dołącza do niego następny, by za chwilę  już wszystkie, na przemian...
Ich klangor, wysoki, donośny, niesie się nad polami i łąkami, zahacza o dachy pobliskiej wioski, omija kościelną dzwonnicę, by odbić się od ściany lasu za wioską i powrócić echem do moich uszu...
 I znów, i znów i znów...
A ja stoję i chłonę tą najpiękniejszą melodię świata...
Czuję każdym nerwem mego ciała ich klangor... Czuję, jak mnie oczyszcza, rozjaśnia umysł, przegania złe, niedobre myśli...
One są wolne, a ja przy nich....Ich śpiew ustawia mi dzień...
Wracam do domu, otwieram laptopa... Kładę dłonie na klawiaturze i jestem znów tą dawną, młodą dziewczyną, która potrafiła czerpać radość z takich zwyczajnych, niezwyczajnych chwil...

niedziela, 23 lutego 2014

I znów zaczyna się paskudnie...

Nawet jeśli jest dobrze, to nie znaczy, że tak będzie zawsze.
Po chwilach względnego spokoju, znów zaczyna się dziać paskudnie...
I kolejny raz usłyszę, że to - jak zwykle! - moja wina.
Tak, jak bym tylko ja chowała nasze dzieci, a On w tym czasie był w delegacji kilkanaście lat...
To "dziecko" ma już 30 lat. I rozpieprzone życie na maksa.
Jest kompletnie nieodpowiedzialny!
A najgorsze jest to, że to w sumie dobry człowiek, nie jest zły. Ale co rusz ma takie kłopoty, że już tego nie ogarniam. Zawsze wpieprza się tam, gdzie go nie posieją.
Kiedy jest dobrze, dupa trochę odżyje, cwaniak i mądrala, jakich mało. Ale kiedy zaczyna Mu się walić wszystko, wtedy telefon i błagania o pomoc. Kolejny raz. Ale ileż można wyciągać Go z bagna, w które ładuje się na własne życzenie???
Tyle razy już pomagaliśmy Mu, tłumacząc młodzieńczą głupotą, lekkomyślnością Jego kolejne kłopoty..
 Ojcu cierpliwość skończyła się już dawno. Chociaż...
Czy On ją kiedykolwiek miał???
Zawsze wszystko załatwiał krzykiem. Jakikolwiek problem, nawet najmniejszy, to była dzika awantura. Krzyki, pretensje i ciągłe wypominanie, że On tak ciężko pracuje na nas, a my Go nie doceniamy i tylko ma przez nas kłopoty...
Zawsze tak było. Zawsze miał cholerne poczucie krzywdy. Zawsze wszyscy byli niedobrzy, głupi, a On najlepszy i najmądrzejszy. Nie wiem, czasem odnoszę wrażenie, że nienawidzi kobiet. A im dłużej jesteśmy małżeństwem, tym bardziej się w tym upewniam. Zawsze mi to przeszkadzało, ale nie pomagały rozmowy, tłumaczenie oczywistych prawd, że żadna z płci nie ma monopolu na mądrość. Bo głupota jest tutaj wyjątkowo sprawiedliwa. Rozkłada się po równo. Bez względu na to, czy to facet, czy kobieta.
Głupi ten mój mąż nie jest. Radzi sobie w wielu sprawach naprawdę dobrze. Jest zaradny i bardzo dba o dom. Nie pije, nie pali. Chodzący ideał. Powie ktoś : czego ty chcesz, babo? Czego się czepiasz?
Otóż to, czego ja się czepiam...
Mam dość wiecznych humorów mojego Pana i Władcy. Ciągłego narzekania, pretensji, wiecznego pesymizmu. I tej cholernej małostkowości. Nawet jak jest dobrze, to i tak potrafi to spieprzyć jednym słowem, jednym grymasem niezadowolenia.
A kiedy jest dobrze? Kiedy uśmiecham się i przytakuję i udaję, że jestem szczęśliwa i zadowolona.
Wystarczy jedno nie tak powiedziane przeze mnie słowo, już łapie focha.
Zawsze też był taki w stosunku do dzieci. Nie żałował im nigdy na nic. Dbał o to, by miały na ubrania, książki, zabawki, rozrywki...
Ale wystarczyło, że coś im nie pasowało, a zaczynała się jazda. Że są niewdzięczne, to było najmniejsze, czym potrafił dotknąć, urazić. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak można obrazić się na dziecko. A mój Z. jest w tym mistrzem.
Nie pomagały żadne rozmowy, tłumaczenia, że tak nie wolno, że dzieci mają prawo do błędu i własnego zdania. Kończyło się to zawsze w jeden sposób : jesteś tak sama, jak i one! I foch. Kiedyś potrafił się do nas nie odzywać i tydzień czasu. Teraz zrobił już postępy, bo trzyma Go tylko jeden dzień. Sarkazm?
Nie tylko. Także żal, że dorosły facet, a trzeba Go wychowywać...
Ale teraz już nie mam sił na to, ani ochoty.
Czuję się zła, rozgoryczona...
Jestem w tym domu tyle lat.Tyle lat walczyłam o spokój, zrozumienie, wzajemny szacunek.
A teraz widzę, że przegrałam. Mam wrażenie, że to wszystko, ten mój dom jest zbudowany na piasku...
Wystarczy dotknąć małym paluszkiem, a to wszystko runie...
Przez wiele lat robiłam wszystko, żeby dzieci miały dom. Zrezygnowałam z pracy, bo bardzo chorowały, a teraz nie mam nic. Dzieci dorosły, a ja jestem tutaj, bez sensu i wiary, że to się zmieni.
Nie mam żadnych środków do życia. Jestem więc na łasce i niełasce mego Pana i Władcy, co daje mi niekiedy odczuć bardzo boleśnie. Nigdy mnie nie uderzył, ale słowem potrafi zranić bardzo głęboko...
Miłość? Nigdy jej nie było, przynajmniej z mojej strony, ale to temat na kiedy indziej. Wierzyłam, że przyjdzie z czasem, że pokocham tego człowieka... Nigdy nie dał mi na to szansy.  Szacunek, jakim Go darzyłam zniknął już dawno... Bo szanować trzeba mieć za co. A ciągłe awantury i przysłowiowy pysk od ucha do ucha temu zwyczajnie nie służą.
Po trzydziestu paru latach małżeństwa obudziłam się z ręką w nocniku i wiem, ze długo jej z niego nie wyciągnę... Jeśli w ogóle...
Przestało mi już wystarczać  "jakoś to będzie" .
 Łatwo powiedzieć "odejdź".
Gdzie??? Pod most?
A teraz jeszcze na dodatek powrót K. Kolejny powód, żeby znów zaczęły się jazdy...
Mam dość...


sobota, 22 lutego 2014

Czy życie jest naprawdę takie proste?

Nie należę do osób młodych.
Mam już swoje lata i sporo przeżyłam.
Zawsze broniłam się przed jakimikolwiek podsumowaniami swego życia, bo w duszy grało mi  słońce
i radość. Tak jest do dzisiaj. Ale coraz częściej czuję, jak wiele jest już za mną i jak wiele nie jestem już w stanie przeskoczyć...
Ciało odczuwa już te wszystkie lata, a w głowie, myślach wciąż  rozterki i myśli, z którymi tak ciężko... Chciałabym to wszystko jakoś w sobie poukładać, znaleźć spokój.
Przestać tak szarpać się sama ze sobą. Zastanowić się nad sobą i swoim życiem...

Kiedy miałam 14, lat pamiętam, że dręczyła mnie wtedy myśl, że życie to jedna wielka ściema.
Że wszystko sprowadza się tylko do przetrwania gatunku. Po to się rodzimy, po nic więcej...
Nasze zadanie, to podtrzymanie rodzaju ludzkiego na powierzchni Ziemi, nic więcej..
Dzieciństwo, młodość, partner, potomstwo, ich wychowanie. A później, tak zwyczajnie do piachu...
A reszta, czyli uczucia, wspomnienia, pamięć, to wszystko w kontekście śmierci i tak nie ma żadnego znaczenia...
Później, ten totalny pesymizm zniknął, zastąpiony przez zwykłe szare dni, kraszone pięknem, wrażliwością , szukaniem radości.. Czasem też i dramatami, które zostawiały swój ślad w sercu, ale też wiele uczyły.
A dziś, po tylu latach, wracam do punktu wyjścia...
Znów zastanawiam się, czy życie naprawdę sprowadza się tylko do przetrwania gatunku?...
Jaki to wszystko ma sens?... Właśnie tej odpowiedzi chcę poszukać...

I znów mnie ciągnie do pióra...

Nie wiem, jak to będzie wyglądać w praktyce.
Zdecydowałam się założyć drugiego bloga. Tamten jest zbyt oficjalny, za bardzo... nie mój?
Chyba tak to czuję...
Chcę poczuć prawdziwą wolność, nieskrępowaną cudzymi myślami...
Chcę wiedzieć, że tu jestem tak do końca sobą, że wyrażam każdą swą myśl, każde drgnienie serca i duszy...
Brzmi strasznie górnolotnie, wiem.
Ale, ileż można udawać? Mówić co innego, a swoje myśleć ...
Nie mam już ochoty, ani czasu bawić się w jakieś gierki...